Technologia świadomości, która pomaga lepiej zrozumieć samego siebie oraz otaczający świat.
 

Czy szacunek do przeciwnika ma wpływ na rozwiązanie sporu? O sensie konfliktów i wojen z nieco odmiennej perspektywy

Historię ludzkości, którą znamy z pisanych źródeł, można by zwięźle nazwać historią wojen. Obserwując to, co aktualnie dzieje się na krajowej oraz międzynarodowej scenie politycznej, bardzo ciężko byłoby znaleźć argumenty świadczące o tym, iż etap ten mamy już za sobą. Napięta sytuacja geopolityczna jest dobrą glebą do tego, by różne ziarna, które jako jednostki oraz całe kolektywy jednostek nosimy w sobie od stuleci, mogły wydać swoje owoce. Śledząc wydarzenia bieżącego czasu, bez względu na to w jakim kontekście się pojawiają oraz o co mają miejsce – można zauważyć jeden ich wspólny mianownik. Niestety, jest nim szacunek do przeciwnika na poziomie praktycznie żadnym.

Przykładów potwierdzających powyższą tezę można mnożyć bez liku: Jarosław Kaczyński, który jest wyśmiewany za fakt „mieszkania z kotem”. Donald Trump, który zanim doczekał się własnej figury woskowej, został uwieczniony w postaci rzeźby, mającej odzwierciedlić rzekomą wielkość jego przyrodzenia. Znajdziemy tu również i Ryszarda Petru, któremu kolekcją internetowych memów ustąpić może chyba tylko Chuck Norris. Oczywiście mam świadomość, że bycie osobą znaną i rozpoznawaną niesie ze sobą pewne konsekwencje. Jednak możemy tu też wyraźnie zauważyć, iż współczesne czasy mocno przesuwają granicę tego, co zwykliśmy nazywać dobrym smakiem. Na przykład: ostatnim czasie beneficjentem silnej nieżyczliwości stał się nawet dziesięcioletni syn Trumpa: Barron, któremu nie oszczędzono mnóstwa złośliwych przytyków po tym, jak okazało się, iż zachowanie chłopca nie wpisuje się w przyjęty, polityczny kanon. Wygląda więc na to, że współcześnie można w zasadzie „iść na całość”, nie przebierając w słowach i w środkach, by osiągnąć nad przeciwnikiem zamierzoną przewagę.

Tymczasem to, w jaki sposób odnosimy się do przeciwnika, więcej mówi o nas samych niż o nim.

Niektórym powyższe zdanie wydać się truizmem, dla niektórych brzmieć niezrozumiale. Takie stwierdzenie zakłada bowiem, że świat zewnętrzny jest dla nas lustrem tego, co dzieje się w nas samych. Najbardziej częstym przypadkiem jest ten, kiedy zwalczamy zaciekle na zewnątrz to, czego sami w sobie nie akceptujemy, co wypieramy. Takie zanegowanie pewnych aspektów siebie można nazwać niezintegrowaniem, czyli nieuświadomieniem sobie do końca tego, co wewnątrz nas drzemie. W takim wypadku stajemy się nosicielami wyobrażenia o sobie, które nie jest zakorzenione w rzeczywistości. Jego konsekwencją są najczęściej różne turbulencje życiowe, które dotykają nas po to, byśmy ów obraz mogli urealnić.

Zatem nasze wewnętrzne treści (emocje, odczucia, myśli), których z jakichś względów sobie nie uświadamiamy, wracają wówczas pod postacią zewnętrznych wydarzeń – między innymi ludzi z bliższych i dalszych kręgów społecznych, których spotykamy na swojej drodze i z którymi wchodzimy w interakcje. „Nosiciele” treści najbardziej chętnie przez nas wypieranych, to tak zwani przeciwnicy i wrogowie. Sęk tkwi jednak w tym, że nasz przeciwnik przynosi informacje o nas samych, zatem sam moment silnego, wewnętrznego zaangażowania w walkę z nim, zdradza fakt, iż w nas samych można znaleźć cechy i jakości, których jest on w naszych oczach „nosicielem”. Pojawienie się przeciwnika w naszej przestrzeni ujawnia, że w jakimś sensie jesteśmy już gotowi udoskonalić się i zmierzyć z naszym cieniem. Bez dostrzeżenia i uświadomienia sobie znaczenia tej konfrontacji nie można mówić o panowaniu nad samym sobą – zawsze będziemy wówczas „ofiarą” okoliczności, które sami, mniej lub bardziej świadomie, na siebie sprowadzamy.

To co napisałam wyżej, jest bardzo zdawkowym nakreśleniem zarysu pewnego procesu – przebiega on w wielu etapach i najczęściej jest bardzo rozciągnięty w czasie. Integracja niechcianych treści zawiera bowiem po drodze mnóstwo emocjonalnych i światopoglądowych wyzwań, gdzie nie jest powiedziane, że osoba, w życiu której taki wątek się pojawia – będzie w stanie skutecznie przez niego przebrnąć. Jednym z etapów, który napotykamy w trakcie takiego procesu, jest paląca nienawiść, która jest nie do uniknięcia. Trzeba ją przeżyć i pozwolić się jej „wybrzmieć” – tłumienie tego uczucia niczego nie da. Warto mieć jednak świadomość, że etap ten niesie za sobą niebezpieczeństwo utknięcia i zafiksowania się na nim – nienawiść do wroga staje się wówczas jedynym sensem walki, której głębszego sensu już nikt nie dostrzega.

Szacunek do przeciwnika jest warunkiem prowadzenia wojny prawdziwie sprawiedliwej

Poprzez wojnę sprawiedliwą rozumiem taką, która zawiera w sobie ukryty cel, którego bynajmniej nie można wyjaśnić za pomocą standardowo dostępnych metod wnioskowań i analiz. Zwykle wojny toczy się o władzę, o panowanie nad jakąś materią, terytorium, zasobami, bądź też o ich obronę. Tymczasem wojna sprawiedliwa ma miejsce o coś głębszego – o panowanie nad samym sobą. O objęcie świadomością całości swojej (przynajmniej na początek) osobowości. Do do tego paradoksalnie potrzebny jest nam przeciwnik, ponieważ dzięki niemu możemy wejść w kontakt z wypieranymi przez nas treściami i zintegrować je w sobie.

Niestety jednak, współcześnie praktyka wszelkiego rodzaju wojen opiera się na tym, by przeciwnika maksymalnie upokorzyć, zmieszać z błotem, poniżyć, ośmieszyć. Nienawiść, która przesłania wojującym stronom oczy sprawia, że zapętlamy się w jednym miejscu, gonimy własny ogon, tkwiąc w zastawionej na samych siebie pułapce. Myślę, że dzieje się tak dlatego, iż nie ma aktualnie żadnych wytycznych, którymi na czas naszego brodzenia po rozlewiskach nienawiści, moglibyśmy się kierować. Co prawda Jezus mówił o miłowaniu swoich wrogów, myślę jednak, że w początkowych etapach konfrontowania się z własnym cieniem (przeciwnikiem), słowa takie mogą wydawać się niemożliwe do zrealizowania. Dlatego proponowałabym zacząć od czegoś prostszego, co – uważam – jest bardziej dostępne i możliwe do szybkiego wprowadzenia w życie. Mam tu na myśli szacunek.

Szanować swojego wroga – przecież to bez sensu!

Wiele osób może mieć mieszane odczucia odnośnie powyższego zdania. Szanować kogoś kto nas okradł? Zamordował żonę, dzieci? Napadł w najmniej spodziewanym momencie? Wszak samo się narzuca, by takiego człowieka zwyczajnie potępić, zepchnąć na margines społeczny, upokorzyć. I przyznać trzeba, że przynajmniej w naszym kraju – tendencja do linczowania takich „czarnych owiec” jest stale silnie obecna.

Nie chcę przez to powiedzieć, że mamy nie reagować na zło, które dzieje się w świecie i pobłażać ludziom, którzy krzywdzą innych. Chodzi mi bardziej o to, żeby do swojej postawy wprowadzić „równoległą” płaszczyznę, na której można zamocować punkt widzenia, w którym jest obecny prawdziwy szacunek do przeciwnika (w postaci jednostki jak i grupy). Być może brzmi to na pierwszy rzut oka paranoicznie: „wkurzasz mnie, nienawidzę cię, nie chcę cię widzieć na oczy – jednak cię szanuję”. Szacunek w tym momencie nie jest jednak rozumiany jako podziw, czy coś godnego naśladowania – lecz pewnego rodzaju neutralność, zawierającą w sobie wiarę (bądź wiedzę), że pod powierzchnią mającego miejsce konfliktu jest coś głębszego, ważniejszego, w odkryciu czego bierzemy udział wszyscy, bez względu na rolę, którą przypadło nam w nim pełnić. Owa paralelna neutralność pozwala nam na przepłynięcie wspomnianego wcześniej morza nienawiści w bezpieczny sposób – z jednej strony bez wypierania jej i tłumienia, z drugiej – zafiksowania się na niej.

Zatem – kłóćmy się i bądźmy w konfliktach na tyle długo, na ile jest nam to potrzebne. Szanujmy się jednak w tym wszystkim – zachowanie każdego z nas wynika w mniejszym lub większym stopniu z jakichś uwikłań, których jesteśmy nie do końca świadomymi beneficjentami. Wbrew pozorom nie różnimy się tak bardzo od siebie, łączą nas podobne problemy, choć scenariusze życiowe, w jakich one się przejawiają, mogą się skrajnie różnić od siebie. Bez względu na to co myślimy o Donldzie Trumpie czy Ryszardzie Petru: jeśli nas denerwują, znaczy to, że przynoszą do naszego życia  co najmniej oświetlone, co wymaga integracji. Z takiego punktu widzenia okazuje się, że brak szacunku do przeciwnika, jest czymś w rodzaju braku szacunku do samego siebie. A jak można żyć dobrze i harmonijnie, gdy szacunku do samego siebie nam brak?

Drukuj
No comments

LEAVE A COMMENT