Technologia świadomości, która pomaga lepiej zrozumieć samego siebie oraz otaczający świat.
 

Dlaczego “pozytywne myślenie” nie działa?

Trudno jest nie zauważyć występującego współcześnie trendu na pozytywne myślenie. Jesteśmy nieustannie zewsząd zalewani poradami, motywacyjnymi hasłami, które mówią nam, że to, w jaki sposób postrzegamy świat, zależy od naszego sposobu myślenia o nim. Pełno więc wszędzie informacji zaczynających się od tego, że „możesz wszystko, tylko zmień swoje myślenie”, aż po koncepcje zachęcające do “wymyślenia samego siebie od nowa”. Nie wiem jak Wam, jednak kiedy sama starałam się stosować do tych recept, wielokrotnie łapałam się na tym, że coś mi się nie zgadza. Nie bardzo wiedziałam, dlaczego moje pozytywne myślenie nie działa do końca tak efektywnie, jak się to wszędzie przedstawiało i zachwalało.

Być może ktoś mógłby stwierdzić, że byłam w swoim „dążeniu do szczęścia” zbyt mało zdeterminowana, a niniejszy tekst jest wyrazem frustracji wynikającej z braku rezultatów w tym temacie. Dzisiaj jednak jestem w stanie powiedzieć, że moje wątpliwości były słuszne i można je wytłumaczyć w oparciu o subtelną anatomię ludzkiej psychiki. To, co nazywamy myśleniem, jest bowiem – w pewnym sensie – efektem końcowym pracy całej struktury osobowości, a nie całością, w której wyraża się ludzka psychika.

Hipermentalizacja

Ułomnością współczesnego człowieka jest to, iż żyje w oparciu o pokrętnie rozumianą, Kartezjańską maksymę: cogito ergo sum – myślę, więc jestem. Jednocześnie, nie ma w jego percepcji przestrzeni na emocje oraz odczucia. Jeśli już muszą być – to występują zazwyczaj na peryferiach dyskursu społecznego, ustępując miejsca różnym sporom, dyskusjom, wymianie zdań oraz opinii. To wszystko sprawia wrażenie, że powinniśmy być zakotwiczeni tylko i wyłącznie w naszej warstwie mentalnej, ponieważ skupianie się na jakimkolwiek innym aspekcie naszej osobowości, jest w niepisany sposób uznawane za niezbyt stosowne.

Postawię tu jednak – być może dla wielu – kontrowersyjną tezę: jestem zdania, że to, co uważa się oficjalnie za myślenie – nie jest myśleniem pełnym. Aktualnie używamy tylko niektórych funkcji mentalnych – głównie intelektu, jednocześnie będąc przekonanymi, że posługujemy się umysłem. Osobiście uważam to za ogromną nietrafność. Do tego, by powiedzieć o sobie, iż używa się umysłu, potrzebne jest uruchomienie prawdziwego, kompletnego myślenia, do czego niezbędne jest posiadanie kontaktu ze wszystkimi warstwami własnej osobowości.

To na podstawie odbioru procesów zachodzących we wszystkich powyższych obszarach, warstwa myślowa zbiera pełny zakres danych, potrzebnych do zbudowania kompletnej myśli. Innymi słowy: podsumowuje ona skutki dotykających nas wydarzeń – zarówno wewnętrznych (psychicznych), jak i zewnętrznych (w których uczestniczymy), a następnie łączy je w całość. Dodać tu  jeszcze należy, że jedną z warstw, którą bada myślenie, jest ono samo. Może więc występować zarówno w roli badacza, jak również „badanego” obiektu. Stąd bierze się wiele nieporozumień – między innymi potoczne utożsamienie całości psychiki z warstwą li tylko myślową – czyli w zasadzie z zebranym przez nią „materiałem badawczym”, a nie żywymi procesami zachodzącymi równolegle i w pewnym sensie „osobno” w każdej z warstw osobowości.

Pierwszorzędny fotograf

Domyślam się, że może brzmieć to w bardzo zawiły sposób. Jednak w istocie chodzi tu o bardzo prosty przepływ informacji od ciała fizycznego, poprzez warstwę syntoniczną oraz emocjonalną, a następnie powiązanie wszystkich tych danych w całość (już w obrębie warstwy myślowej), poprzez stworzenie jak najbardziej kompleksowego obrazu, dotyczącego PROCESU całego przepływu. Ów obraz to właśnie myśl – pełna, kompletna, odzwierciedlająca to, czego dotknęliśmy swoim doświadczeniem.

Warstwa myślowa działa więc trochę jak fotograf. Robi ona „zdjęcia” pozostałym warstwom naszej osobowości (oraz sobie samej), podczas pracy nad konkretnymi zagadnieniami – czyli w momencie „przeżywania” przez nas różnych życiowych perypetii. Następnie układa je ona w pewnym porządku, odnajdując „tematyczne” powiązania między nimi. Skutkiem tej pracy jest odtworzenie pewnego rodzaju historii – filmu zawierającego to, co odebrała – „wysensorowała” cała nasza osobowość – w kontekście całości wydarzeń – zarówno tych zewnętrznych, jak i wewnętrznych. Trudno jest więc mówić o pełnym myśleniu na tematy, których samemu się nie doświadczyło – nie dotknęło, nie odczuło, emocjonalnie nie przeżyło. Kiedy osoba dzieli się takimi „pełnymi” myślami, odbiorcy wyraźnie czują, że nadawca tego typu komunikatów wie o czym mówi. Treść jego wypowiedzi jest zazwyczaj pełna, mięsista, wypełniona po brzegi autentyczną informacją – stanowi ona swoisty film, zapis jego żywego doświadczenia, a nie żarliwe powielaną – kserokopię powszechnie podzielanych przekonań oraz opinii.

Dach budynku

Warstwę mentalną można przyrównać do dachu wieńczącego gmach naszej osobowości. Nietrudno się domyślić, że do tego, by został on zainstalowany, potrzeba poprzedzających go, pozostałych elementów budowli. Ciało fizyczne jest więc tutaj gruntem, na którym stawiamy ów budynek. Warstwa syntoniczna to jego fundamenty, emocjonalna – ściany. Każda z warstw stanowi glebę dla kolejnej, by ta mogła w oparciu o nią wyrosnąć. Nietrudno jest się domyślić, że kiedy fundamenty są naruszone, a ściany kruszeją, to dach się zapada. W codziennym życiu ów pokiereszowany dach wyraża się w kiepskim zdaniu na swój własny temat oraz wszystkimi innymi niechcianymi rzeczami, które za pomocą „pozytywnego myślenia” próbujemy naprawić.

Na takiej samej zasadzie działa nasza osobowość. Dach mentalny nie będzie dobrze sprawował swojej funkcji, jeśli w warstwie syntonicznej (odczuciowej) oraz emocjonalnej są wyrwy i dziury. W takich warunkach ciężko jest skutecznie adoptować pozytywne myślenie. Bez naprawienia fundamentów i ścian, będzie to dokładanie nowych dachówek do rozsypującego się budynku. W skrajnych wypadkach dużej żarliwości oraz determinacji, celem osiągnięcia zamierzonych efektów metodą “pozytywnego myślenia” – do sypiącego dachu zostaną dodane wsporniki, pomiędzy którymi zawiśnie płótno z widniejącym nań obrazem idealnego, wymarzonego, „pozytywnego” budynku. Będzie to jednak ingerencja tylko i wyłącznie w samą warstwę myślową oraz w obraz, jaki się w niej znajduje.

Warstwa myślowa ma bowiem taką właściwość, że niesie w sobie kopię zapasową, makietę, skan całej osobowości. To pewnego rodzaju symulakryczny zapis nas samych, którego elementy można stosunkowo łatwo zmieniać. Zmiany naniesione na tej kopii zapasowej, mogą dawać złudzenie rzeczywistych, sprawiać wrażenie, że faktycznie coś się zmieniło w nas na lepsze. Jednak tego typu ingerencje nie są trwałe i PRAWDZIWE, ponieważ nie zostały przeprowadzone na żywej tkance osobowości. Te drugie są bowiem o wiele bardziej czasochłonne i niestety – o wiele bardziej bolesne. Ciężej jest przebudować realny budynek, niż nanieść zmiany na jego bardzo realistycznej, cyfrowej kopii.

Podporządkowywanie się mentalnym wydmuszkom

Pozytywne „nastawianie się” na siłę, staje się więc formą forsowania całej psychiki i naginaniem jej do tego, co „wydaje” nam się słuszne z punktu widzenia (zazwyczaj) niekompletnie działającej warstwy mentalnej. Warstwa myślowa „podchwytuje” zazwyczaj bowiem różne, powszechnie dostępne, mentalne wydmuszki (np. wzorce sukcesu, wzorce szczęścia etc.), narzucając całej osobowości podporządkowanie się im. Następuje tutaj dalej rekcja łańcuchowa: przyswajamy pusty, mentalny obraz. Przyjmujemy, że to co w nim zwarte, jest dla nas dobre (na przykład wysoka pozycja społeczna, powodzenie u płci przeciwnej, nowe mieszkanie etc.). Następnie zaczynamy wmawiać sobie: „jesteś w tym dobry!”, „dasz radę!”, „jak nie Ty to kto?”, „skoro inni mogą, to Ty też!”, „nigdy się nie poddawaj” itd.  Podporządkowujemy nasze życie w imię osiągnięcia tego celu. Warstwa myślowa narzuca więc kierunek działania reszcie osobowości (gdyż między innymi takie posiada właściwości).  Czy jednak dzieje się to z uwzględnieniem rzeczywistych potrzeb żywej tkanki wszystkich czterech warstw? Niestety zazwyczaj nie, gdyż nasze myślenie w 98% przypadków opiera swoje decyzje, o parametry zawarte w kopii zapasowej osobowości. Tym sposobem zasilamy iluzję – symulakrę naszego życia, zamkniętą w warstwie myślowej. Dokładnie o tym traktował film “Matrix”.

“Pozytywne myślenie” to praca z kopią zapasową osobowości, a nie żywą osobowością

Kiedy aplikujemy sobie „pozytywne myślenie” do mocno nadszarpniętego budynku, naturalną reakcją jest stan rozdrażnienia emocjonalnego. Ten opór jest w pewnym sensie „fizjologiczną” reakcją psychiki na dwie sprzeczne wielkości znajdujące się w polu jej uwagi. Zatem, kiedy mówimy sobie: „ach jaki piękny dzień”, podczas gdy w naszej warstwie syntonicznej jeszcze czuć pieczenie, będące wynikiem wczorajszej wizyty na „dywaniku” u szefa – powstaje w nas sprzeczność, którą możemy zidentyfikować poprzez zauważenie u siebie emocjonalnego niepokoju. Zazwyczaj jednak pomijamy go, gdyż po pierwsze – rzadko kiedy mamy kontakt z żywą tkanką naszej osobowości, po drugie – jesteśmy zbyt zajęci przerabianiem kopii zapasowej naszego życia, procesowanej w jej mentalnej warstwie.

I tak jak wspominałam już wcześniej: dodatkowa zwodniczość tkwi tutaj w tym, że ten rodzaj “pracy nad sobą” nie oznacza, że nie będziemy osiągali żadnych efektów. Możliwe, że nasze relacje się poprawią, wykażemy się przed szefem, „uwierzymy w siebie”. Jednak jestem skłonna zaryzykować tutaj stwierdzenie, że sukcesy te bardziej efektem portretu Doriana Grey’a, niż głęboką, organiczną ekspresją homeostazy całej psychiki. Wynika to z faktu, że praca z „pozytywnym myśleniem” to praca z kopią zapasową nas samych, a nie żywą tkanką osobowości.

pozytywne myślenie nie działa res harmonica

Jestem daleka od tego, by kogokolwiek swoją wypowiedzią urazić. Nie mniej to, czego doświadczyłam, wynikający z tego sposób myślenia oraz dosyć purystczne podejście do wielu rzeczy, nie pozwalają mi na przemilczenie takich praktyk – bez wskazania na związane z nimi konsekwencje. Nie można nieprzerwanie żyć tylko i wyłącznie w samej warstwie myśli – tak samo jak nie można całymi dniami siedzieć przed komputerem. Prędzej czy później prawdziwe życie upomni się o nas, a toczy się ono we wszystkich warstwach naszej osobowości naraz, nie tylko w warstwie myślowej. Patrząc z lotu ptaka – w tym właśnie tkwi źródło naszych życiowych katastrof. Za ich pomocą, żywa tkanka naszej osobowości niejako “dobija się” do nas, próbując wyciągnąć z pokoju gier – kopii naszego życia zawartej w warstwie myślowej, z którą kompletnie się utożsamiliśmy.

“Przeszkadzajki” życiowe służą temu, by zwrócić naszą uwagę na to, że żywa tkanka osobowości potrzebuje naszej interwencji, którą trzeba przeprowadzić w przytomny, rozumny – akceptujący, łagodny a jednocześnie SKUTECZNY – prawdziwie LUDZKI sposób. Gdybyśmy nie mieli przed sobą tej pracy do wykonania – owej wątpliwej jakości „umilacze” nie pojawiałyby się na scenie naszego życia. Nie jest więc najrozsądniejszym rozwiązaniem tłumienie objawów choroby, bez pracy nad psychicznymi ogniskami zapalnymi, które są jej źródłem. Dlatego też jestem zdania, że pozytywne myślenie nie działa – jest jedną z wielu serwowanych przez społeczeństwo tabletek przeciwbólowych – iluzji oddzielających od życia w Prawdzie. Naturalnie nasuwa się tutaj pytanie, czy jest coś, co w takim razie działa i pomaga? Jest to już jednak pytanie na kolejną, dłuższą wypowiedź 🙂

Chcesz otrzymywać informacje o najnowszych wpisach?

Drukuj
Latest comments
  • Wydaje mi się, że samo pozytywne myślenie niewiele daje, bo pozostaje tylko myśleniem, a myśleniem świata nie zmienimy. Nawet działania nie są w stanie zmienić świata, bo nie od nas jednych on zależy. A stan otoczenia wpływa na nas.
    Psychologiem nie jestem, ale wydaje mi się, że trzeba tu pracy u samych podstaw i przede wszystkim zaakceptowania, że nie wszystko jest takie pozytywne i wspaniałe, jak próbują wmówić nam autorzy poradników.
    Pozdrawiam!

  • Mam podobne odczucia…

  • Super tekst. bardzo profesjonalny i konkretny. a nie żadne pseudopsychologiczne “bzdety’, a takie właśnie zdaje się być właśnie to “pozytywne myślenie’. ja również swego czasu kompletnie zatraciłam kontakt z wewnętrzną sobą, ze swoimi prawdziwymi emocjami, oczekiwaniami wobec siebie i życia. aż w końcu to wszystko wywarzyło drzwi i zalało mnie falą paraliżującego strachu… dlatego myślę, że warto postawić na konkrety, a nie na chodzenie na skróty.

  • Po Pierwsze: piękny język!
    Po drugie: Społeczny przymus do optymizmu mi od zawsze bardzo doskwierał. Jestem osobą, która nie potrafi ukryć smutku, złości i radości, więc wychodzę do ludzi w takim nastroju, jaki mi faktycznie towarzyszy. Wmawianie sobie, że muszę szukać dobrej strony sytuacji, prowadziło do zaniedbania przeze mnie problemu (np. Nic nie idzie po MOJEJ myśli – będę sobie wmawiała, że widocznie to jakiś znak, ale może warto byłoby po prostu poświęcić temu więcej czasu). Bycie na siłę pozytywną osobą jest tak męczące!

  • Stowarzyszenie umarlych PESYMISTO-Realistow…. pfeee

LEAVE A COMMENT