Technologia świadomości, która pomaga lepiej zrozumieć samego siebie oraz otaczający świat.
 

Czy jest nadzieja dla Polski? Nowy paradygmat polityczny w zarysie

W klasycznych mediach masowego zasięgu, można wyodrębnić dwa rodzaje, wyraźnie względem siebie spolaryzowanych narracji. Dzięki nim powstaje wrażenie, że właśnie na dobre kwitnie wojna polsko – polska. W telegraficznym skrócie, przebiega ona między konserwatyzmem, a lewactwem.

 

Celem niniejszej wypowiedzi nie jest jednak rozsądzanie, które z dwóch stanowisk ma w tej batalii rację. Chodzi mi tu o mądre, przenikliwe oraz uczciwe przyjrzenie się przebiegającym w ich tle procesom społecznym oraz o uprzytomnienie sobie, w jaki sposób każdy z nas je współtworzy – i w czym konkretnie objawia się jego wpływ na sytuację w państwie. Wielu z nas zadaje sobie bowiem pytanie, czy jest jakaś nadzieja dla Polski. Ona jak najbardziej istnieje. Jednak jej urzeczywistnienie jest uzależnione od tego, czy uda nam się nieco zmodyfikować akcenty rozłożone na naszej społeczno – politycznej percepcji i zacząć patrzeć na nasz kraj poprzez nowy, poszerzony paradygmat polityczny.

Zacznę tu od dygresji, iż w niniejszych rozważaniach zakładam istnienie czegoś takiego jak jednostka kolektywna, która składa się z pojedynczych indywiduów. Jednostki kolektywne to inna nazwa dla wszelkich grup społecznych – w tym również narodów. Zjawiska kolektywne posiadają swoją odrębność, tożsamość – a także historię i kulturę, które stanowią podłoże, na jakim wyrastają warunki życiowe tworzących je jednostek. Kolektywy wpływają na życie poszczególnych ludzi, jednak również ludzie, poprzez swój indywidualny „krajobraz psychiczny”, wywierają wpływ na to, co dzieje się w kolektywach. Ten drugi kierunek zależności jest mgliście rozpoznany i w zasadzie w ogóle się o nim nie mówi. Nie mniej ma on w tych rozważaniach znaczenie kluczowe.


Nikt nie zrzeka się władzy w wyniku odruchu serca

Współczesne czasy charakteryzują się bardzo intensywnymi przemianami, a Polska znajduje w nich dosyć specyficzne miejsce. Nasze doświadczenia polityczne obejmują zarówno niechciane, miłosne objęcia rosyjskiego niedźwiedzia, z których trudno było się wyrwać, co i lisią mowę aktualnych, zachodnioeuropejskich partnerów. Pierwsi przytulili nas mocno wbrew naszej woli, drudzy natomiast, zapomnieli wspomnieć o tym, że łącząca nas relacja będzie wyglądała  w praktyce ździebko inaczej, niż zanosiło się to na początku naszej znajomości.

Polska weszła w struktury Europy Zachodniej w miarę bezboleśnie – to znaczy – żadna Armia Czerwona nie przespacerowała się po naszych głowach, w obronie bieżącego na tamten czas układu sił. Nie wiem jak dla Was, szanowni Czytelnicy, jednak dla mnie jest logiczne, że żadna władza (w aktualnym stanie bycia ludzi) nie kapituluje ot tak sobie. Za pokojowe jej przekazanie trzeba było zapłacić. I płacimy to dzisiaj my wszyscy – naszym dobrostanem, a w zasadzie jego brakiem. W dzisiejszych czasach zaczynamy coraz wyraźniej uprzytamniać sobie, że żyjemy w „pomagdalenkowym” porządku, który zaistniał w Polsce tuż po przemianach. Mocno dociera do nas fakt, że komunistyczni notable po prostu usunęli się w cień, nie tracąc dotychczasowych wpływów, a korupcja i układy, z czasów PRL, w wyliftingowanej formie, mają się po dziś dzień całkiem dobrze. Dla utrzymania swojej dotychczasowej pozycji, siły te w sensie dosłownym i przenośnym, przehandlowały dobrostan swoich współobywateli. Rzeczą ludzką jest, iż uzmysłowienie sobie tego faktu, jest niezwykle bolesnym doświadczeniem. Boli to zarówno tych, którzy już od dawna o tym wiedzieli (i z których wyśmiewa się do dziś, że wszędzie widzą jakiś „układ”), jak również tych, którzy z wolna (w wyniku różnych doświadczeń), uświadamiają sobie, w jak wielkiej tkwili iluzji. Przekonanie o tym, że wstępując do UE dobiegliśmy do „końca historii”, że zdobyliśmy Ziemię Obiecaną – ulega powolnej erozji. Miało być tak dobrze, a wyszło jak zawsze.

Skutkiem tych wszystkich rozczarowań, jest dzisiejsza walka między „euroentuzjastami”, którzy wydają się mieć przy okazji lewacko ukierunkowane poglądy, a konserwatystami, wykazującymi powinowactwo do tradycyjnych narodowych wartości, takich jak „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Jedni nie widzą niczego złego w adoptowaniu postępowych z ich punktu widzenia treści, takich jak m.in.: filozofia gender, przyjmowanie syryjskich uchodźców, pogłębianie integracji z Europą. Drudzy natomiast postrzegają to wszystko jako zagrożenie dla suwerenności państwa oraz narodowej tożsamości.


Jeśli o mnie chodzi – nie stoję ani po stronie jednych, ani po stronie drugich, gdyż moim zdaniem, żadna z tych ofert nie rozwiązuje realnej przyczyny zamieszania oraz chaosu, jaki toczy współcześnie nasz kraj. Po prostu dostrzegam w tych procesach głębszy sens i porządek, który uważam za kluczowy, by zrozumieć, dlaczego współczesna rzeczywistość przybiera dla nas – Polaków – taki a nie inny krajobraz – oraz jaki niesie sens. Jego zrozumienie jest kluczowe dla odtworzenia realnego dobrostanu ludzi tworzących nasz kraj – ta właśnie idea przyświeca pisanym tu przeze mnie słowom.

Podstawą wojny polsko – polskiej jest strach

Z pewnej bardzo ogólnej perspektywy, napięcie między dwoma tak samo skrajnymi, co silnymi obozami, świadczy o dojściu do momentu krytycznego, który daje realną szansę na prawdziwy przełom. Jednak pod warunkiem wyciągnięcia właściwych wniosków z doświadczeń, jakie do tej pory przeszliśmy. Kluczem do tego jest wyciszenie emocji, wysłuchanie siebie nawzajem i przyznanie się przed samymi sobą, że bez względu na to, jakie są nasze ideologiczne pobudki, wszyscy jesteśmy ludźmi. Popełniamy te same błędy, mamy podobne słabości. Jeśli o mnie chodzi, to nie wiem, jak bym się zachowała – i czy by mi nie „odbiło” – gdybym nagle dostała możliwość większego wpływu na życie innych ludzi, wraz z dostępem do większych strumieni gotówki.

Prawda jest taka, że żyjemy w świecie, w którym wszystkim nam towarzyszy STRACH. Bez względu na to, czy jesteśmy zawodowym politykiem, czy zwyczajnym człowiekiem. W wyniku strachu o przyszłość swoją i najbliższych, popełniamy wiele głupstw. Te różne polityczne głupstwa, potoczna pieszczotliwość nazywa „pchaniem się świń do koryta”. Głupstwa te są tym bardziej widoczne, gdy z jakichś względów znajdziemy się w tych miejscach życia społecznego, które stwarzają nieodpartą pokusę (i możliwości) „zabezpieczenia się” na przyszłość. Moim zdaniem, polityka bowiem nie tyle deprawuje ludzi – lecz raczej wzmacnia wzmacnia to, co już tkwi w każdym z nas i co jest kolektywnie podzielane. Na marginesie dodam – że ów strach nie jest wyrokiem – jednak jest to już temat na osobną, dłuższą historię.

Cała rzecz nie polega tu więc na roztrząsaniu szeregu zdarzeń, jakie doprowadziły do miejsca, w którym obecnie jesteśmy oraz spieraniu się, czyją są winą. Chodzi o to, by zrozumieć generalny proces, jaki tu zachodzi oraz czemu w zasadzie służy owo iskrzenie pomiędzy dwoma skrajnymi obozami.

Jeden moment – dwie linie czasowe

W dzisiejszym teatrze politycznym, każdy jest nad wyraz przekonany o słuszności swojego stanowiska. Kiedy śledzę twittera, każda ze stron równie mocno obtrąbia zwycięstwo swoich przedstawicieli oraz porażkę adwersarzy, jak na przykład miało to miejsce w dniu zgłoszenia votum nieufności dla pani Premier Szydło na początku kwietnia tego roku.

Dlaczego?

Ponieważ w jednym punkcie czasowym, spotkali się ludzie, których normalnie powinno dzielić około stu lat. Tempo przemian w dzisiejszym świecie jest wielokrotnie szybsze, niż jeszcze jakieś 50 lat temu. Wskutek tego, mamy więc tu z jednej strony znaczną grupę osób, która przeżyła czasy komuny oraz paradę jej nonsensów. Dlatego też wprowadzenie Polski do Europy upatrywała jako utęsknioną ziemię obiecaną, drogę do prawdziwej Wolności. Doświadczenie tej grupy społecznej jest żywo zapisane w jej pamięci – ma ona swoje porównanie, w którym woli snickersa, na którego trzeba pracować pół miesiąca, od pustych półek w sklepie. Myślę, że to właśnie tacy ludzie stanowią główny rdzeń obozu „euroentuzjastów”. Z drugiej strony – mamy młodsze pokolenie, które na własnej skórze doświadcza, z czym wiąże się przyjęcie zachodnich standardów i norm działania, dedykowanych dla krajów nie należących do „starej Europy”. Owe normy mają niewiele wspólnego z partnerskim traktowaniem – prędzej z tworzeniem gospodarczego zaplecza dla krajów bardziej rozwiniętych. W skrócie: takiej małej, lokalnej kolonizacji. Kiedy więc dziś spotykają się w jednym momencie dwie grupy ludzi: jedni uciekający przed gwałtem oraz drudzy, broniący się przed prostytucją, to w punkcie tym następuje silne iskrzenie, powodujące wrażenie sprzeczności interesów. Jedni i drudzy mają bowiem swoje żywe doświadczenia, dające im silny impuls, do podążania w uznanym przez siebie za oczywisty – kierunku.

Wielopokoleniowa trauma

Zasadniczy problem Rzeczypospolitej rozpoczął się wraz z odkryciami geograficznymi oraz zaprzestaniem działania szlaku jedwabnego, co przekierowało logistykę handlowo – pieniężną na morskie szlaki, w których oczywiście nie mieliśmy żadnego udziału. Wszystko to doprowadziło do czasowego zniknięcia Polski z mapy Europy. Następnie, powojenna polska państwowość, przebiegała przez większość czasu pod czujnym okiem różnych protektorów (i wbrew pozorom, przebiega nadal). Skutkiem tego wszystkiego – nabawiliśmy się zwyczajnej, w pełni zrozumiałej traumy. W jej wyniku, współczesny polski kolektyw, przejawia dwa możliwe scenariusze zachowań “zgwałconej kobiety”, która nie przepracowała tego, co ją spotkało: Z jednej strony idzie w zamknięcie się i zaskorupienie (skrajny konserwatyzm), z drugiej – chętnie oddaje to, co ma najcenniejszego (czyli samą siebie) za bezcen – okolicznym protektorom (lewactwo). Dodatkowo kłócąc się sama ze sobą, który sposób odreagowywania traumy jest właściwy.

Wyjątkowość współczesnego czasu polega więc na tym, że zaczyna on wyraźnie pokazywać, iż ani jeden, ani drugi modus operandi – nie sprawdza się. My musimy tą traumę skutecznie wyleczyć, a nie odreagowywać ją w szamotaninie, między kompensacyjną dumą, a bezrefleksyjną otwartością i niewiarą we własną wartość. Odzyskanie tej przytomności jest niezbędne, ponieważ nasz kraj, z uwagi na pewne geopolityczne czynniki – ma tylko dwa wyjścia: albo jakiś rodzaj wasalizacji (od najbardziej skrajnej formy rozbiorów po łagodniejsze formy ekonomicznej kolonizacji) – albo prawdziwą niezależność. I jeśli faktycznie do tej pory ciężko było o tej drugiej mówić, z uwagi na niekorzystną dla nas sytuację geopolityczną – to na szczęście zaczyna się ona powoli zmieniać.

Światełko w tunelu

Jednobiegunowy ład, z hegemonem w postaci USA, w najbliższym czasie będzie zmierzał ku rewizji, gdyż na światowej scenie politycznej wschodzi nowy, poszukujący przestrzeni dla siebie – gracz. Są to Chiny. Myśląc o przyszłości naszego kraju, niezbędnym jest mieć ten fakt na uwadze.

Nie wiem w jakim stopniu uzmysławiamy sobie, jak bardzo kluczowe miejsce – z geopolitycznego punktu widzenia – zajmuje nasze państwo. Sama do niedawna nie uprzytomniałam sobie tego dostatecznie mocno. Jest to temat dosyć rozległy, nie mniej jednak, dostępna każdemu, obserwacja faktów historycznych, wydobędzie sens tego co mam na myśli. Zauważmy, że gdy Polska znajdowała się obszarze wpływów radzieckich, blok wschodni odgrywał dominującą rolę w porządku światowym. Kiedy natomiast weszliśmy pod skrzydła UE – to świat zachodni wysunął się na prowadzenie tego wyścigu, zostawiając Rosję bardzo mocno w tyle. To dzięki tej roszadzie geopolitycznej, ukonstytuował się obecnie działający, jednobiegunowy ład światowy.

Nie jest to jednak miejsce do tego, by zagłębiać się w szczegółowe, geopolityczne analizy – jeśli ktoś ma pragnienie bliższego zapoznania się z tematem, polecam opracowania merytoryczne dr Jacka Bartosiaka – znajdziecie tam Państwo mnóstwo wartościowego, poszerzające geopolityczne horyzonty myślowe – materiału. Jednak to co istotne dla niniejszej wypowiedzi to fakt, iż rosnąca potęga Chin ma dla Polski kluczowe znaczenie. Są one bowiem naturalnym hamulcem dla tych protektoralnych wpływów, które dążą do ustawienia naszego państwa w zwasalizowanej pozycji. Oznacza to dla nas nieco niebezpieczny moment historyczny (gdyż szykuje się spore zamieszanie), dający jednak możliwość otworzenia nowego rozdziału w naszej historii. Aby go właściwie wykorzystać – trzeba jednak stanowczo wznieść głowę ponad bitewny kurz, mającej aktualnie miejsce wojny polsko – polskiej. Jeśli tego nie zrobimy, możemy przeoczyć tę historyczną dla nas szansę.

Nowa metoda „politycznej” pracy

Każdy z nas ma w swojej psychice taką szufladę, w której mieszka jego osobiste „życie polityczne”. Innymi słowy – panowie Kaczyński, Tusk, Schetyna, Petru, czy pani Szydło – są symbolicznymi postaciami, które odzwierciedlają siły zawarte w każdej indywidualnej psychice. Innymi słowy: każdy z nas ma w sobie takiego Petru, czy Tuska – chociaż może w pierwszym odruchu nie chcieć tego przyjąć, instynktownie oddzielając się od owych godnych pożałowania „onych”.

Tymczasem, choćbyśmy chcieli, nie jesteśmy oddzielni od naszych reprezentacji politycznych. To może nawet nie być „Twój” kandydat, szanowny Czytelniku, nie mniej jest on reprezentacją tych kolektywnych cech, które drzemią głęboko schowane również w Twojej podświadomości – i to właśnie tych treści jest on reprezentacją. Możesz nie mieć do nich świadomego dostępu, możesz je wypierać, nie chcieć ich widzieć. Jednak one są jak ziemia, po której wszyscy stąpamy. Istnieją, bez względu na Twoją opinię w ich temacie. To właśnie te treści widzisz pod postacią panów Kaczyńskich, Tusków, czy Ziobro.

Dlatego też zadam Ci pytanie, Czytelniku – jak traktujesz samego siebie?

Czy jesteś w stanie wybaczyć sobie, że ze strachu o przyszłość swoją i bliźnich, dajesz się przekupić oraz namówić na wykonywanie pracy społecznie szkodliwej? Czy jesteś w stanie pozwolić sobie na wyrozumiałość i współczucie względem siebie, że pogrążyłeś się w smutku, żalu i chęci zemsty przekładanej na cele polityczne, gdy straciłeś najbliższą rodzinę – straciłeś brata? Czy jesteś w stanie wybaczyć sobie, że szydziłeś z człowieka, który przeżywał swoją życiową traumę? Czy jesteś w stanie wybaczyć sobie, że się bałeś o samego siebie, dlatego pozwoliłeś, by dobrostan Twoich rodaków został im odebrany?

Na tym właśnie polega, nieco inna, ta kluczowa (moim zdaniem) praca ze „sceną polityczną”. Jest ona zdecydowanie mniej spektakularna, gdyż odbywa się w zaciszu własnego serca. Nie objawia się ona w zaciętym dowodzeniu własnej racji. Dotyczy „tylko” uporządkowania szpargałów, znajdujących się w indywidualnych, politycznych szufladach. Bowiem to w ich połączonej (kolektywnej) przestrzeni, tworzy się obszar, który potocznie nazywamy sceną polityczną. Zazwyczaj, z różnych względów tego nie dostrzegamy, winę za aktualny stan rzeczy spychając na Tusków, Kaczyńskich, czy Waszczykowskich. Tymczasem oni odgrywają teatr wg scenariusza, który piszemy my wszyscy, jako kolektyw. Dopóki tego nie zrozumiemy, zawsze będziemy mieli poczucie, że nie mamy na nic wpływu.

Oczywiście nadal możemy celebrować naszą wojnę polsko – polską, przecież nikt nam nie zabroni. Wszak robiliśmy tak do tej pory…. i mamy to co mamy. Jeśli jednak ktoś sceptycznie podchodzi do prezentowanej tu perspektywy, nie będąc pewnym, czy rzeczy, o których piszę, to aby na pewno prawda, odpowiem tak: Czy mamy coś do stracenia? Czy dotychczasowe metody działania cokolwiek dały? Czy nasze wewnętrzne spory przesunęły nas w jakikolwiek sposób do przodu? Jedyne, co mamy do stracenia, angażując się w powyższy rodzaj pracy, to porzucenie piórczenia się na rzecz odrobiny pokory i zrozumienia dla siebie samych oraz towarzyszy naszej niedoli, również polityków WSZYSTKICH frakcji.

Polityczna ekwilibrystyka Nowego Czasu

Nasze położenie geopolityczne sprawia, że jesteśmy dla wszystkich bardzo atrakcyjni, w związku z czym uważam, że nasza strategia polityczna powinna przypominać działanie nieco wyrachowanej, świadomej swoich atutów, “kobiety”. Powinna ona umieć podtrzymywać stałe zainteresowanie swoich „adoratorów”, utwierdzając ich w przekonaniu o tym, iż mają u niej „szanse”, jednocześnie trzymając ich na dostatecznie duży dystans, by nie narażać się na utratę własnej godności oraz pamiętać, że całe to przestawienie służy zapewnieniu dobrostanu obywateli, a nie upajaniu się czyjąś uwagą.

Dzisiaj potrzeba nam więcej świadomej, politycznej „kokieterii”, w wykonaniu kompetentnego sztukmistrza, niż kabareciarzy spierających się o to, czy w wyniku traumy lepiej jest zamknąć się w domu na cztery spusty, czy się prostytuować. Umówmy się w końcu – oba rozwiązania są jednakowo …. tymczasowe.

To, o czym piszę, wymaga wspólnego, uczciwego wysiłku, by przede wszystkim w sobie samym otworzyć nową, „polityczną” przestrzeń. Jednak nie nalewa się nowego wina do starych bukłaków. Dla nowego, trzeba przygotować NOWY obszar społeczny. Dopiero wtedy pojawią się ludzie, którzy będą symbolizować jego treści. Taka jest rozsądna kolejność działań – gdyż wpisuje się ona w rytm i naturę działania ludzkich kolektywów. W chwili obecnej takich ludzi naturalnie nie ma, a raczej pozostają niezauważeni – gdyż Polacy odgrywają między sobą narodową traumę, nierozwiązany konflikt. Dlatego nie są w stanie powołać innej swojej reprezentacji, niż ta, z którą mamy do czynienia obecnie.

Podsumowując zatem: w mającej aktualnie miejsce wojnie polsko – polskiej, wszyscy jesteśmy przegrani. Zrozumienie tego faktu jest kluczowe do wykorzystania geopolitycznej szansy wzmocnienia naszej pozycji w świecie. Kluczem do przeprowadzenia tego procesu z sukcesem, jest w pierwszej kolejności oczyszczenie osobistej „przestrzeni politycznej”. Praktykując tą metodę, jesteśmy w stanie spojrzeć na siebie jak na człowieka, który w wyniku strachu robi różne, mało chlubne rzeczy, które jednak umie samemu sobie przebaczyć. Potocznie nazywa się to rachunkiem sumienia. Prawdziwe przebaczenie i wyrozumiałość w stosunku do siebie, powoduje to samo w stosunku do innych ludzi, nawet pchających się do politycznego „koryta” – „świń”. Paradoksalnie, suma takich postaw, prowadzi do powstania atmosfery sprzyjającej wyciszeniu analogicznego konfliktu na poziomie kolektywnym. I bynajmniej nie chodzi tu o godzenie się na niesprawiedliwości, czy na pobłażanie ludziom je czyniącym. Bez uznania, że one były i są nadal – realne wybaczenie jest niemożliwe. Istotna jest tu jednak motywacja, z której wyrasta chęć zaprowadzenia sprawiedliwości. Myślę, że pan Jarosław Kaczyński jest (a w zasadzie – jeszcze będzie) dobrym przykładem tego, do czego prowadzi motywowane rozgoryczeniem dążenie do niej. Sprawiedliwość można budować jedynie na Prawdzie – a jej nośnikiem mogą być JEDYNIE REALNIE CZYSTE INTENCJE.

Kolejnym etapem tej pracy jest więc stworzenie zupełnie już nowej przestrzeni, w obszarze naszych indywidualnych „politycznych szuflad” – przestrzeni, w której został już zrozumiany sens i znaczenie tego, co kolektywnie przeżyliśmy. Dopiero tak uformowaną, wspólną przestrzeń, można dedykować kompetentnym ludziom – symbolom jej sił, którym realnie zależy na dobrostanie obywateli naszego kraju. Chodzi tu o ludzi, którzy są zdolni do politycznych ekwilibrystyk, umiejętnie wykorzystujących okresową destabilizację ładu światowego, do tego, by wydobyć nasz kraj z dotychczasowego położenia. Jednak można o nich zapomnieć, bez przeprowadzenia wcześniejszego „rachunku sumienia” i oczyszczenia intencji. Polityczne położenie narodu jest bowiem niczym więcej, niż wzmocnieniem realnego stanu, w jakim, znajduje się taki kolektyw. Czy jednak jesteśmy w stanie wziąć za siebie realną, opartą na regułach działania fizyki subtelnych przestrzeni – odpowiedzialność? Odpowiedź na to pytanie może już przynieść tylko Czas.

Zaciekawiła Cię ta treść? Chcesz otrzymywać informacje o najnowszych wpisach?

Drukuj
No comments

LEAVE A COMMENT