Technologia świadomości, która pomaga lepiej zrozumieć samego siebie oraz otaczający świat.
 

Jerzy Zięba w Polsat News, czyli swobodnie praktykowany przez media, hejt zinstytucjonalizowany

Pod koniec kwietnia 2017 roku, w programie „Skandaliści” w Polsat News, wziął udział pan Jerzy Zięba. Jest on autorem książki „Ukryte Terapie”, w której przybliża alternatywne, niekoniecznie uznawane przez medycynę akademicką – metody leczenia.

 

Kiedy oglądało się ten program, trudno było (przynajmniej mnie) – oprzeć się wrażeniu, iż więcej wspólnego miał on z rzymską areną cyrkową, niż z rzetelnym dziennikarstwem. Prowadząca, pani Agnieszka Gozdyra, od samego początku programu, dawała swą postawą wyraźnie odczuć, że ma już z góry ustalony pogląd na to, kim pan Zięba jest, a prowadzona przez nią narracja zdawała się zmierzać jedynie ku temu, by to potwierdzić.

 

Lwica arenowa

Po programie, na jej gospodynię wylała się fala niewybrednego hejtu. Podejrzewam, że gdybym była na jej miejscu, ciężko byłoby mi sobie z nią poradzić. Jakoś tak wyszło, że udało mi się z panią Agnieszką wymienić kilka tweetów. W jednym z nich wysłała mi zestawienie kilku wypowiedzi do niej adresowanych, którym – delikatnie rzecz ujmując – daleko było do kulturalnych.

Pani Agnieszka jest przez swoją stację promowana na osobę „ostrą, bezkompromisową, charakterną” – arenową lwicę, która ma za zadanie wzbudzać i podtrzymywać uwagę widza swoim ostrym, kategorycznym podejściem do wszystkiego. Podejrzewam, że w sportach arenowych, które dzisiaj kwitną na antenach różnych telewizji – tego rodzaju umiejętności są w cenie. W końcu mainstream media, tak jak politycy – serfują na falach wzbudzonych przez siebie, kolektywnych emocji.

Z całym szacunkiem dla pani Agnieszki, jednak strategię prowadzonej przez nią narracji, najlepiej oddaje określenie: dyskredytacja zaproszonego gościa. Sprawdzała się ona najpewniej w stosunku do osób, które w oczach publiczności mają status „cyrkuśników”, czyli obiektów służących jedynie rozrywce. Nie mniej w przypadku pana Zięby, twórcy programu, łącznie z panią Agnieszką, najprawdopodobniej nie przewidzieli, że w oczach wielu ludzi postać pana Zięby urosła już do rangi symbolu. Symbolu walki o lepsze zdrowie oraz głosu, który wyraźnie sprzeciwia się różnym praktykom (lekarskim i nie tylko), odbijającym się szkodą na ludzkiej populacji. I kiedy „jazdę” po „cyrkuśnikach” publiczność raczej znosi, jednocześnie bawiąc się przy tym, to w momencie, gdy analogiczna dyskredytacja jest czyniona symbolowi jakiejś ważnej dla nich treści – sprawa przybiera już nieco inny obrót.

Hejt stop?

Gdyby prześledzić nie tylko słowa pani Gozdyry, lecz również to, co brzmiało między nimi, odczuć można było wyraźną niechęć, by nie powiedzieć, pogardę, skierowaną ku swemu gościowi (Jerzemu Ziębie). Skrzywiona mina, apodyktyczny ton, traktowanie z góry, mówienie tonem nieznoszącej sprzeciwu oczywistości, przerywanie wypowiedzi, „egzaminowanie” z wiedzy na temat pneumokoków, używanie argumentów ad personam – to tylko niektóre z elementów, składającej się na jej generalną postawę. W moim odbiorze, pani Agnieszka stosowała po prostu bardziej wyrafinowany rodzaj hejtu. W sposobie w jaki animowała całym programem, naprawdę ciężko było znaleźć szacunek do zaproszonego przezeń gościa.

Jednak z tych kilku tweetów, które z nią wymieniałam, wynika, że pani Agnieszka w swojej postawie nie dostrzega niczego, co mogłoby budzić wątpliwości. Jej zdaniem ona tylko „zadawała pytania”, a nie hejtowała, a ja „nie wiem o czym mówię”. Myślę, że taka postawa wynika między innymi z faktu, że dziennikarze (czy bardziej celebryci, bo już sama nie wiem jak na nich patrzeć), trochę nie zdają sobie sprawy z tego, w jaki sposób działają społecznie eksponowane miejsca, jakie niewątpliwie są przez nich zajmowane.

Zwielokrotniona odpowiedzialność

Niewielu ludzi rozumie, że nawet w codziennych relacjach międzyludzkich, najwięcej mówimy do drugiego człowieka swoją wewnętrzną, niewypowiedzianą w stosunku do niego, postawą. Składają się na nią wszystkie niewerbalne komunikaty, o których mówi psychologia, jak również coś, co znajduje się jeszcze głębiej pod nimi. To właśnie ta głęboka, realna względem drugiego człowieka postawa, a nie fasada profesjonalizmu, czy dobrego wychowania, wchodzi w prawdziwą relację z otoczeniem i informuje je o naszym względem niego stanowisku.

Sprawa ma się tak, że o ile jeszcze komunikaty niewerbalne można jakoś kontrolować (czym zajmują się wszelkiego rodzaju techniki perswazji i manipulacji), to tego czegoś głębszego w nas – nie da rady w żaden sposób oszukać. Możemy używać najbardziej kwiecistych słów oraz stosować hiper wyrafinowane NLP – jednak jeśli temu wszystkiemu towarzyszy jad ściekający po „trójkach”, to otoczenie go wyczuje, zazwyczaj podświadomie. Reakcją na tego rodzaju, odbierane podświadomością impulsy, mogą być właśnie fale „nieuzasadnionego” hejtu.

Nie ma więc możliwości, by ukryć to, w jaki sposób realnie odnosimy się do danego człowieka bądź też grupy ludzi. Jeśli mamy względem kogoś niechęć, bądź traktujemy go instrumentalnie – zawsze wypłynie to na wierzch. I prędzej czy później, ucieleśni się w postawach ludzi, którzy na nas patrzą. Kiedy jesteśmy na świeczniku, ucieleśnienie to realizuje się w zwielokrotnionej ilości oraz szybkości – otoczenie odpowiada nam bowiem na bieżąco. W przypadku pani Agnieszki, na hejt odpowiedziało hejtem.

Innymi słowy – nasze publiczne występy są jak śpiewanie jakiejś melodii. Śpiew sam z siebie zachęca do przyłączenia się do niego. Jeśli więc śpiewasz ostrego rocka, towarzyszyć w śpiewie będą ci, którzy go również śpiewają. Analogicznie: jeśli żywisz ogólnie pojmowaną niechęć – wtórować ci będą ludzie z analogicznym „profilem melodycznym” – czyli niechęcią, jednak o wektorze skierowanym przeciwnie do twojego. Dlatego właśnie, jeśli ktoś jest na eksponowanym społecznie miejscu, jego odpowiedzialność – przede wszystkim za samego siebie – zwiększa się co najmniej tylokrotnie, ilu widzów mu towarzyszy.

Każda realna postawa (czyli ta głęboka, za fasadą szeroko pojmowanej „poprawności”) jest jak magnes, który przyciąga do siebie ludzi o analogicznym ukierunkowaniu. Tak działa życie – i niniejsza zależność istnieje niezależnie od naszych opinii w jej temacie. „Gwiazdy” swoim zinstytucjonalizowanym hejtem, dają więc sygnał publiczności do następującego działania: to na trzy-cztery – każdy wyrzuca, co mu leży na wątrobie. Jako społeczeństwo nie jesteśmy jeszcze na etapie, by odpowiedzieć na tego typu zawołanie w sposób neutralny, gdyż neutralności w nas na razie nie ma. Odpowiadamy więc jak kamertony – tą nutą, która została w danym momencie wywołana do odpowiedzi. Prowadzący program zagrał „pogardą” – więc analogiczna „częstotliwość” mu odpowiedziała.

Hejt zinstytucjonalizowany

Niektóre z mainstreamowych telewizji animują projektami typu „Hejt STOP!”, które mają na celu uświadomienie społeczeństwu, jak rażąco „karygodnymi” postawami się wykazuje. Jednak trzeba tu sobie wyraźnie powiedzieć, że to co robi pani Agnieszka w programie „Skandaliści”, jest jednym z wielu objawów zinstytucjonalizowanego hejtu, którego prekursorem w Polsce był pan Kuba Wojewódzki. Zauważmy, że wypłynął on na swoim ciętym języku i mało życzliwym podejściu do ludzi, których oceniał przy okazji swego sędziowania w różnych programach rozrywkowych. Dlatego też, żeby oddać sprawiedliwość – nie tylko pani Agnieszka jest tutaj animatorem tego rodzaju zachowań. Zinstytucjonalizowany hejt jest nagminnie promowany przez mainsteram media, które traktują go jako źródło sporych dochodów – ponieważ przyciąga dużą uwagę widzów.

Dlatego też, w pewnym sensie, niektóre programy telewizyjne przypominają rzymskie areny cyrkowe, na których ludzie nie walczą co prawda na śmierć i życie, lecz na słowa. Im więcej emocji – tym lepiej – przykuwa się wówczas uwagę oraz zaangażowania widza. Taki widz staje się wówczas jednostką przeliczaną na słupki oglądalności oraz ceny reklam, które natychmiast szybują w górę.

Nie mniej, czasem zdarza się tak, że niektórym „gwiazdom” cyrkowym nie każde zinstytucjonalizowane, „kulturalne hejtowanie” uchodzi na sucho. Najpewniej po ostatnim programie, doświadczyła tego pani Agnieszka. Podejrzewam, że z podobnym problemem borykał się swego czasu Jarosław Kuźniar, który z tego co pamiętam, był nawet twarzą TVN-owskiej akcji „Hejt Stop!”. Jednak pozwolę sobie postawić tutaj tezę, że zarówno pan Jarosław, jak też pani Agnieszka mogą nie być do końca świadomi, w jaki sposób działa mechanizm, którego są uczestnikami i błędnie przypisują winę za dotykający ich hejt, jedynie pochodzącym z publiczności – hejterom.

Wszystkie zwierzęta są równe, lecz niektóre są równiejsze

Z tego wszystkiego wyłuszcza nam się obraz, w którym możemy wyróżnić dwa rodzaje hejtu. Jeden ma zinstytucjonalizowany charakter: może kryć się za konwencją, „dociekaniem prawdy”, pogardliwym tonem głosu, traktowaniem kogoś z góry itd. Osoby, które go rozprzestrzeniają, „gwiazdy” danej stacji – wydają się mieć prawo praktykowania go na oczach swojej publiczności, by następnie krytykować ją za to, że ta odpowiada im tym samym.

Hejt publiczności jest tym, który przedstawiany jest jako niewłaściwy, zły, niegodny. I faktem jest, że kiedy możemy schować się za nickiem, za facebookowym awatarem, pozwalamy sobie na zdecydowanie więcej, niż gdyby doszło do konfrontacji w cztery oczy. Ponadto, dana treść, zwielokrotniona uwagą kolektywnej masy – ulega znacznemu przejaskrawieniu oraz szeroko pojętemu wzmocnieniu. Dlatego też z reguły jest zdecydowanie bardziej brutalna w formie swojego wyrazu.

Funkcjonując na eksponowanych, publicznych stanowiskach, trzeba więc liczyć się z tym, że wróci do nas w zwielokrotnionym natężeniu to, co swoim realnym, wewnętrznym nastawieniem, de facto przedstawiamy. Jeśli godzimy się na występowanie w charakterze cyrkowców, pod płaszczykiem „dociekających prawdy” - oraz emitować będziemy nieświadome komunikaty w postaci „nie szanuję ciebie, człowieku” - to ich echo odbije się na nas tysiącem uszu i oczu, które je odebrały.

Myślę, że działa tutaj prosta zasada, zgodnie z którą wymagać od innych możemy w zasadzie tyle, ile wymagamy od siebie. Dajemy tym sposobem sygnał do środowiska, co jest dla nas ważne i wartościowe. Wymaganie i oczekiwanie od innych tego, czego samemu się nie praktykuje, jest hipokryzją i brakiem konsekwencji. Nierównością, którą życie będzie niwelowało za pomocą swoich ukrytych mechanizmów, często w bardzo brutalny sposób.

Bezbrzeżna hipokryzja

W kontekście tego, co wyżej napisane, staje się jasnym, że organizowanie akcji w rodzaju „Hejt STOP”, jest przejawem bezgranicznej hipokryzji stacji telewizyjnych. W takiej sytuacji bowiem, promotor danego projektu (stacja) z jednej strony zarabia na zinstytucjonalizowanym hejcie, z drugiej: na walce ze skutkami tego, co sam wywołał.

Warto mieć to na uwadze, gdyż dla tego typu instytucji, jedyną wartością będącą w stanie zmienić ich modus operandi, są słupki oglądalności. „Gwiazdy” takie jak pani Agnieszka Gozdyra służą temu, by maksymalizować te wskaźniki. A jeśli przypadkiem wyleje się na taką „gwiazdę” fala hejtu – co podejrzewam nawet przy robieniu dobrej miny do złej gry i pogardliwym spojrzeniu na „ciemny lud” – tak czy owak musi być bardzo bolesne – wlicza się to jedynie w ryzyko zawodowe.

Jest jeszcze jedna ważna sprawa na zakończenie tego tematu: nawet gdybyśmy w roli pani Gozdyry umieścili świętego, nie gwarantowałoby to zupełnego braku, jakiegokolwiek kolektywnego hejtu. Działają tu też bowiem znacznie bardziej skomplikowane mechanizmy, dotyczące interakcji między jednostkami kolektywnymi: w tym wypadku stacją telewizyjną a jej publicznością. Nie da się ich objąć jednym zdaniem. Najistotniejszym wnioskiem z całego tego wywodu jest jednak to, że realna postawa osób prowadzących narracje społeczne, ma istotny wpływ na to, jakie struny i z jaką mocą są w kolektywie poruszane. Jednocześnie, rozwój interaktywnych technologii sprawił, że nie siedzą (prowadzący) już bezpiecznie za szklaną szybą, nadając jednostronny komunikat, którego nikt nie może ad hoc skomentować. Czas, w którym mass media niepodzielnie panowały, dowolnie kolonizując przestrzeń, generowaną przez siebie informacją, minął bezpowrotnie. Wizyta pana Zięby w Polsat News była jaskrawym tego przykładem i mam nadzieję, że takie osoby jak pani Agnieszka oraz jej pracodawcy, wyciągną z tego doświadczenia właściwe wnioski.

P.S. Jest jeszcze ciąg dalszy tej historii, który w zasadzie dopisał się w międzyczasie sam. Niniejszy artykuł powstał jakiś tydzień przed publikacją na resharmonica.pl i został on przeze mnie napisany w ramach współpracy pro publico bono, z pewnym portalem informacyjnym – „niemainstreamowym”. Tytuł, pod którym go wysłałam owemu portalowi, brzmiał: „Jerzy Zięba w Polsat News, czyli jak mainstream media walczą z hejtem”. Nie mniej portal ten, bez  konsultacji ze mną, zmienił go na: „Jerzy Zięba w Skandalistach – Gozdyra urządziła cyrk!”.

Jak dla mnie, ten zmieniony tytuł stoi w sprzeczności z treścią, chciałam niniejszym artykułem przekazać. Zależało mi na tym, by wskazać mechanizm powstawania samego hejtu  i byłam daleka od obrażania tutaj kogokolwiek, również pani Agnieszki.

Napisałam do redakcji tego portalu z prośbą, by: albo zmienili tytuł tekstu na oryginalny, albo w ogóle ten artykuł zdjęli ze swojego serwisu. Nie mniej – przynajmniej na moment, w którym publikuję go u siebie, na resharmonica.pl, w żaden sposób na moją prośbę nie zareagowali. Nie mam też pewności, czy kiedykolwiek to zrobią, stąd też na wszelki wypadek, zamieszczam tutaj to sprostowanie.

Sprawa wygląda tak, że praktyki opisane w niniejszym artykule, są chyba czymś, co żyje własnym życiem i nikt nie ma nad tym kontroli. W tym konkretnym przypadku, dysonans między treścią, nawołującą do większej odpowiedzialności za samych siebie, z nacechowanym emocjonalnie (moim zdaniem – negatywnie) tytułem, jest chyba wyrazem generalnej sprzeczności, w jakiej tkwimy. Z jednej strony, nie chcemy zjawiska hejtu, z drugiej, sami go praktykujemy, może tylko w wersji bardziej soft.

Najpewniej realia ekonomiczne współczesnego świata, wydają się narzucać konieczność stosowania takich, a nie innych praktyk. Trudno się tutaj już więc na kogokolwiek gniewać. Jednak jeśli myślimy o tym, by kiedykolwiek ten mechanizm zatrzymać, potrzebne byłoby przekierowanie kolektywnej uwagi na otworzenie nowego rodzaju debaty. Tym razem bez potępiania tego, co robią inni, a dając jedynie swoim własnym zachowaniem przykład, że można inaczej. Nie oszukujmy się, nie jest to łatwa sprawa: ciężko kogokolwiek zainteresować mało emocjonującymi oraz sensacyjnymi treściami, gdyż one się dziś „nie klikają”. Zakładam jednak, że nie jest niemożliwe, choć na chwilę obecną nie wiem, w jakim scenariuszu wydarzeń mogłoby się to objawić 😉

Drukuj
No comments

LEAVE A COMMENT