Pomaga lepiej zrozumieć samego siebie oraz otaczający świat.
 

Czy aby na pewno wyszliśmy z jaskini? Czyli o tym, dlaczego cywilizacji zachodniej grozi upadek

Człowiek żyjąc w otaczającym go świecie/ środowisku, uważa za normalne to, z czym spotyka się na codzień. Na podstawie tego co zobaczył i doświadczył od najmłodszych lat – buduje swój pogląd na temat świata i przyjmuje wybudowany tym sposobem światoobraz za obowiązujący. Wszechobecne dookoła absurdy uznawane są więc przezeń za standard i normę.  Samodzielnie też przyłącza się do powielania tych światopoglądowych wzorców. Jest więc dla niego rzeczą normalną tkwić w środowisku i uwarunkowaniach, którym wróży się rychły upadek. Czy cywilizacji zachodniej faktycznie on grozi?

 

Wnikliwie analizując realnie funkcjonujące paradygmaty kulturowe, składające się na cywilizację Zachodu, narzuca się wniosek, że życie ludzkie jest nieustanną walką o przetrwanie. Nasza kultura, mimo tego, że stać ją czasami na nieco bardziej finezyjne formy wyrazu, tak naprawdę kręci się wokół utrzymania przy życiu naszego fizycznego ciała.

Po pierwsze dlatego, że nie oferuje nam spojrzenia na nas samych jako coś więcej niż worek unerwionych tkanek, który wykazuje czasem funkcje myślowe, mierzone w impulsach elektromagnetycznych, wydzielanych przez mózg. Po drugie – religie masowe, które (jeszcze) kierunkują myślenie dużych grup ludzkich, opierają swoją pozycję na roli gwaranta, że po naszej śmierci zaprowadzą nas do miejsca, w którym będziemy żyć wiecznie (czyli łagodzą strach przed śmiercią). Po trzecie – całe masy ludzkie zagonione są do bardziej lub mniej absorbującej pracy na rzecz podtrzymania systemów ekonomiczno- społecznych, gdyż tylko to jest gwarantem zapewnienia środków umożliwiających przetrwanie -wszak ich brak uniemożliwia praktycznie poruszanie się w tym świecie.

Osobiście zadziwia mnie bardzo mocno, że jako przedstawiciele tej cywilizacji, mamy o sobie takie dobre zdanie. Mianowicie mamy się za humanitarnych, potrafimy znać kilka języków obcych, jeść nożem i widelcem oraz dyskutować o problemach imigrantów zalewających Europę. Jednak na poziomie podstawowym, nasza kultura bazuje na wątkach zapośredniczonych z epoki jaskiniowej: na lęku i strachu o przetrwanie. Na poziomie bazowej motywacji – człowiek jaskiniowy i człowiek Zachodu - niczym się od siebie nie różnią.


Scenariusz pozostaje ten sam: zmieniła się jedynie scenografia: w dniu dzisiejszym miejsce dzikich ostępów wypełnił system zwany kapitalizmem (w zasadzie korporacjonizmem), a jaskinie mają ciekawszy niż ciosana skała, design. Jakimś cudem udało się przekonać ludzi, że ta groteska, wypełniona meblami z IKEI, ta współczesna jaskinia, jest szczytem ludzkich możliwości oraz objawem postępu i nowoczesności.

Dzięki temu, szczęśliwie dziś żyjemy w systemie, który bazuje na szeroko rozumianym drapieżnictwie energetycznym. Wiadomo tylko tyle, że nie mamy na nic czasu, bo obsługa naszego jaskiniowego systemu, pochłania olbrzymie jego ilości. Inna sprawa jest taka, że czasami ludzie mają przebłyski, że coś tu się grubo nie zgadza, nie mniej z jakichś względów mimo tej wiedzy, nie zmieniają zasadniczo swego położenia.

cywilizacji zachodniej grozi upadek

Cała ta historia jest bardzo smutna, jednak dzieje się nieprzypadkowo. Myślę, że po to, byśmy mogli wyciągnąć z niej wnioski. Cywilizacja Zachodu ma się ku swemu schyłkowi, gdyż nie ma ludziom do zaoferowania nic więcej, niż nieco bardziej udekorowana jaskinia, z lepszym wyposażeniem i bardziej wyrafinowanymi sprzętami AGD. Nie daje ona możliwości prawdziwie wewnętrznego wzrostu.

Kiedy bowiem popatrzymy na nasze życie z bardzo oddalonej perspektywy, to dostrzeżemy, że jego rytm niewiele różni się od rytmu dobowego zwierząt zamykanych na farmach. Z tą różnicą, że nikt nas nie musi pilnować, bo skutecznie przyswojone różnego rodzaju programy kolektywne sprawiają, że sami dla siebie – jesteśmy tu nadzorcami. Przypuszczalnie więc, na poziomie zbiorowym, powstaje pewnego rodzaju frustracja,zmierzająca do dekonstrukcji tego co jest, na zasadzie nieważne co i jak, jednak niech coś się zmieni.

Autosabotaż

Dostrzegam tu pewną analogię zaczerpniętą z doświadczenia własnego życia. Już spory czas temu, straciłam na własne życzenie pracę w Poznaniu. Miałam całkiem wygodną posadę, kilkuletni staż, niezłe zarobki. Wszystko byłoby nawet okey, gdyby nasz szef (który płacił nam całkiem nieźle) nie traktował nas jak swojej trzody i własności, z którą może robić co mu się żywnie podoba, tylko dlatego, że nasze pensje były sporo wyższe niż przeciętne na tamten czas.

Nikt właściwie nie reagował otwarcie na jego zachowanie, ponieważ było nam WYGODNIE – dostawać wyższe wynagrodzenie, przy jednoczesnym pozwalaniu na to, by ktoś traktował nas jak swoją własność, uwłaczał godności, marnował nasz czas na wymyślone przez siebie, niedziałające bzdury. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że organicznie nie toleruję pewnych rzeczy – na przykład tego, że nie umiem wciskać dostawcy, że mu zapłacimy za przeterminowaną fakturę na drugi dzień po jego telefonie windykacyjnym (czego oczywiście nie robiliśmy i dobrze wiedziałam, że tak będzie gdyż księgowość już od jakiegoś czasu płakała, że nie ma płynności finansowej).

Nie zdawałam sobie sprawy, jak wielki to później dla mnie wysiłek rozmawiać  z tym dostawcą przez kolejne dni i wysłuchiwać jego bluzgów z tytułu tego, jaka to firma nasza jest nierzetelna itd. Oczywiście – niby nie moja wina, bom tylko zwykłym pracownikiem była. Jednak kiedy jesteś na pierwszej linii frontu w takich sytuacjach, to nieważnie jaką pozycję w firmie zajmujesz. Tak czy owak stajesz się spluwaczką na czyjeś emocjonalne wyrzuty. Musisz to potem  przemetabolizować. I wierz mi, Drogi Czytelniku – że tego rodzaju uszczerbków nie skompensuje Ci wyższe wynagrodzenie czy służbowy samochód.

Wówczas nie zdawałam sobie z tego wszystkiego sprawy, jednak zadziałał u mnie właśnie uniwersalny mechanizm: mianowicie wbrew zdrowemu rozsądkowi, sama zaczęłam sabotować tą wygodną dla siebie sytuację: nie robiłam tego co mi kazano (robiłam po swojemu), nie przychodziłam do pracy albo się mocno spóźniałam – słowem: czyniłam wszystko, by mnie zwolniono. Jednak samej wpaść na taki pomysł by się zwolnić, przecież nie mogłam – byłoby to mało racjonalne w końcu!

😀

Prawo uniwersalne ponad „wydajemisiem”

Powyższy przykład dobrze obrazuje, jak bardzo różni się w działaniu i uświadomieniu nasza prawdziwa tożsamość (czyli osobowość związana z mikrokosmosem), od tożsamości fałszywej – czyli EGO (narośl na osobowości). Mikrokosmos nie chciał już, by osobowość dłużej tkwiła w zakłamaniu i poniżeniu, które były wynikiem mojej pracy w tamtym miejscu.  Wówczas jednak niepodzielnie rządziło EGO, które miało inne „plany”. Polegały one na siedzeniu sobie wygodnie w tym miejscu w którym byłam,

Miałam jednak to szczęście, że moja prawdziwa tożsamość dysponowała już w tamtym czasie instrumentami, którymi – co prawda podświadomie i boleśnie – wyprowadziła mnie z tamtego miejsca. Choć początkowo było to dla mnie szokiem, na zasadzie „co ja zrobiłam?” – to dziś, z perspektywy czasu, jestem sama sobie ogromnie wdzięczna za tamto posunięcie. Oczywiście nikogo nie namawiam do takich mało świadomych działań na “automacie”. Lepiej podejmować tego rodzaju decyzje świadomie, jeśli faktycznie czujemy już taki zew krwi. Jednak o tym kiedy indziej.

Wracając jednak do mojej przygody z w/w firmą, mogę dziś śmiało powiedzieć, że nie tylko się domyślam, lecz WIEM, że istota ludzka nie jest stworzona do tego, by jej życiem była walka o przetrwanie. Naturalnym dążeniem człowieka jest bowiem wzrastanie w świadomości tego kim jest, czym jest otaczający go świat, jakie jest jego (człowieka) Źródło i do czego zmierza. Kiedy światem dla nas staje się walka o podstawowy byt – wówczas prędzej czy później dojdzie do tego, że powstanie jakiś sabotaż, który ten misternie utkany system obróci w perzynę. Jednak to wcale nie znaczy, że dzięki temu ludzkość przeniesie się na wyższy poziom egzystencji. Ludzie odtwarzają bowiem to, co znają, co uznają za normalne. Zatem jeśli nawet w pewnym momencie klatka zostanie rozsadzona, wcale nie znaczy, że nie zbudujemy sobie kolejnej, tym razem jeszcze wygodniejszej, która za kilkadziesiąt lat rozpadnie się z jeszcze większym hukiem.

Jestem przekonana, że tego można uniknąć, jednak to zupełnie oddzielna historia 🙂

Zaciekawiła Cię ta treść? Chcesz otrzymywać informacje o najnowszych wpisach?

Dołącz też do grupy dyskusyjnej na FB!

FRONESIS, czyli mądrość praktyczna

Drukuj
Share Post