czy mam wpływ na swoje życie
Osobowość | ukryte mechanizmy

Czy mam wpływ na swoje życie? 4 podpowiedzi, jak trudne doświadczenia mogą pomóc w jego odzyskaniu

Czy mam wpływ na swoje życie? Możliwe, że i Ty zadawałeś sobie to pytanie w momentach, w których miałeś wrażenie, że wbrew swojej woli znalazłeś się niespodziewanie w oku jakiegoś cyklonu. Z niewiadomych przyczyn, Twoje życie wypełniło się nagle ciągiem niezrozumiałych, katastrofalnych zdarzeń, które mogłeś jedynie bezradnie obserwować? W takich chwilach najczęściej zadajemy sobie pytanie, co jest przyczyną zaistniałego stanu rzeczy? Czy mogę w ogóle coś zrobić z zaistniałym stanem rzeczy? Wnioski, które przyszło mi wyciągnąć z własnych przygód życiowych, wskazują jednoznacznie, że w zasadzie trudno o nim mówić, jeśli wcześniej nie zasymilujemy swojej nieoświetlonej strony – elementów psychiki, chowających się w naszym indywidualnym cieniu.

 

Indywidualny cień – co to takiego?

Ogólnie rzecz ujmując, na cień indywidualny składają się psychiczne treści oraz stany, których z jakichś powodów nasza świadomość do siebie nie dopuszcza. Co ciekawe, niekoniecznie muszą to być rzeczy potocznie uznawane za „złe”. Są to po prostu stłumione, zamiecione pod dywan aspekty nas samych. Takie wyparte „składowe psychiczne” działają nieprzerwanie, bez względu na to, czy je dostrzegamy (wiemy o nich), czy też nie. Konsekwencją ich funkcjonowania jest fakt, że podświadomie włączamy się w takie strumienie zdarzeń, które umożliwiają owych wypartych treści ujawnienie. Tego rodzaju momenty życiowe niestety nie należą do najprzyjemniejszych. Nasz udział w nich ma zazwyczaj przebieg zgodny z jednokierunkowym modelem postrzegania rzeczywistości. Przyjmujemy, że nasze reakcje, stany oraz samopoczucie są tylko i wyłącznie wynikiem dotykających nas sytuacji. Nie bierzemy jednak pod uwagę własnego psychicznego podłoża, które – równolegle – włączyło nas do aktualnego scenariusza wydarzeń. Mechanizmy te wyjaśniałam szerzej we wpisie traktującym o świecie wewnętrznym człowieka. (Zajrzyj tam, jeśli jest dla Ciebie niejasne to, o czym właśnie napisałam.)

 

Jak zatem mamy odzyskać wpływ na swoje życie?

Co więc robić, kiedy jesteśmy uczestnikami jakiejś katastrofy życiowej – gdy zostawił nas mąż, wyrzucono nas z pracy, popadliśmy w ogromne długi? Jeśli faktycznie chcemy wyciągnąć właściwe wnioski z tego, co nam się przytrafiło oraz wyeliminować możliwość zaistnienia w naszym życiu kolejnej, analogicznej sytuacji – potrzebny jest tu proces integracji wypartych treści: integracja cienia. Jestem w tym miejscu daleka od porad typu „załóż różowe okulary i idź do przodu”, bądź też „widzisz w życiu to co chcesz widzieć”, „zmień myślenie”, „wymyśl siebie od nowa”. One nie zadziałają, jeśli pominiemy wspomniany wyżej proces. Jeżeli zależy Ci na kompleksowym rozwiązaniu problemu, nie pomogą tutaj żadne tabletki przeciwbólowe. Widzisz i czujesz to co widzisz stan swojej własnej psychiki oraz składające się na nią elementy – takimi jakimi są REALNIE, w momencie Twojej obserwacji. Kropka. Ów stan nie jest wyrokiem, ponieważ ma płynne właściwości, podobnie jak woda. Woda do tego by płynąć, potrzebuje odpowiedniego ukształtowania terenu – składają się na niego uświadomione, jak też nieuświadomione stany psychiczne. Jeśli chcesz, aby ruch wody objawiał się czystym, wartkim strumieniem, konieczne jest przygotowanie dla niego odpowiedniego podłoża. Polega to między innymi na wyeliminowaniu zatorów wstrzymujących ruch wody oraz prowadzących do zabagnienia. Katastrofalne sytuacje życiowe pokazują, w jakim obszarze naszej psychiki znajdują się takie trzęsawiska. Ich pojawienie się jest dobrą okazją do tego, by je osuszyć. Ma to miejsce poprzez nasze emocjonalne zaangażowanie w różne wątki życiowe – ono bowiem wprawia zastałą wodę w ruch.

 

 

4 wskazówki pomocne w przechodzeniu przez proces integracji cienia:

 

 1. Bezwarunkowo zaakceptuj stan, w którym aktualnie się znajdujesz

Chodzi tu o to, żeby pozwolić sobie na bycie w tym stanie, w jakim aktualnie jesteś, bez żadnego oceniania, poganiania, wyrzucania sobie czegokolwiek. Jeśli jesteś smutny, rozżalony, przygnębiony, czujesz się odrzucony, wykorzystany – to po prostu tak się czuj. Tu nie ma żadnych „wydajemisiów” – wbrew pozorom, nie jesteś w stanie wymyślić sobie wstrząsu psychicznego. Odłóż na bok wszystkie rady typu: przejdzie ci, przesadzasz, myśl pozytywnie. Jesteś w tym momencie Ty i to co przeżywasz. Pozwól sobie w tym być: zachowaj wobec siebie również łagodność, nie oceniaj się oraz na tyle ile jest to możliwe – niczego sobie nie wyrzucaj. Zachowaj jednak czujność. Można bowiem utknąć tym miejscu na długo, całymi latami rozpamiętując doznane krzywdy, użalając się nad sobą i stawiając w roli ofiary.

2. Pozwól przepłynąć strumieniowi wrażeń.

Wspomniane wyżej, zafiksowanie na roli ofiary ma zazwyczaj miejsce, kiedy odcinasz się od strumienia wrażeń, które są elementem składowym emocji. Objawia się to najczęściej próbą przekierowania tego strumienia na innych, po to, żeby w pewnym sensie przeżyli go „za nas”. Takie osoby np. zalewają nieustannie otoczenie opowieściami o swoim złym losie oraz nieszczęściu, w praktyce nie przeprowadzając nad sobą żadnej pracy. Mówi się o takich ludziach jako toksycznych, których należy unikać.

Po czym poznasz, że włączasz w swoje przeżycie również strumień wrażeń? Świadczą o tym sygnały, które noszą znamiona odczuć fizycznych. Na przykład: czujemy pieczenie (jak byśmy nawdychali się czegoś żrącego); ucisk w rejonie serca, bądź też splotu słonecznego; ciężar (np. na ramionach), rozrywanie, kłucie czy krojenie, rozsadzanie (np. w głowie), etc. Nie uciekaj jednak od tych doznań – wejdź w nie, pozwól, żeby przez chwilę zabolało Cię w tym miejscu. Z drugiej strony – pilnuj tego, by się nie nakręcać: aby nie panikować ani nie egzaltować się zaistniałym stanem rzeczy. Ból to ból – tak jak wszystko w życiu – przemija, gdy jego czas się kończy. Początkowo te odczucia będą bardzo silne, w miarę upływu czasu samoistnie wygasną.

 

Wiem, że to wszystko może brzmieć przewrotnie. Mogę jednak podzielić się własnym doświadczeniem, że dla psychiki takie przyjmowanie odczuć jest informacją zwrotną, pokazującą, w którym miejscu DOKŁADNIE jej fundamenty są naruszone. Przyzwolenie sobie na ich przyjęcie jest zadaniem trudnym, ponieważ w momencie ich przepływu, czujemy bardzo silny ból i przytłoczenie. Możemy mieć nawet wrażenie, że zaraz oszalejemy, bądź też “rozpadniemy się”. Naturalną reakcją jest tu więc ucieczka – przecież nikt nie chce cierpieć ani odejść od zmysłów. Jednak – nie oszukujmy się, z pewnych względów żyjemy w takim świecie, z którym nie wszystko jest w porządku, dlatego też praktycznie każdego z nas dotykają takie „korekty”. To tylko kwestia czasu, kiedy i gdzie będziemy musieli się z nimi zmierzyć. Paradoksalnie więc, im swobodniej pozwalamy owym odczuciom przepływać, tym większą ulgę odczuwamy: ból i cierpienie znikają, a nasze „psychiczne” kości równo i zdrowo się zrastają.

 

 3. Daj sobie czas

Procesy takie jak ten nie zachodzą w przeciągu tygodnia czy dwóch. W zależności od tego, jak rozległe trzęsawisko weszło w proces oczyszczania, może to zabrać kilka dobrych miesięcy, może nawet lat. Każde prawdziwe zrozumienie czegoś, wymaga transformacji głębokich poziomów struktur naszej (nie tylko 😉 ) osobowości. Jeśli aplikujesz sobie JEDYNIE powierzchowne rozwiązania w rodzaju myśl pozytywnie, nie przejmuj się – będzie dobrze – to sens takiego działania będzie równoznaczny z nakładaniem pokaźnych warstw pudru na pokrytą wypryskami twarz. Jego użycie faktycznie może powodować wrażenie, że pryszcze zniknęły, jednak …. chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że będzie to tylko usuwanie skutków, nie przyczyn łupieżu.

Innym, dosyć powszechnie spotykanym ostatnio specyfikiem, którego niewłaściwe zastosowanie może spłatać figle, jest praktykowanie tzw. wdzięczności za wydarzenia, które do nas przyszły. „Powinieneś być wdzięczny za lekcje życiowe, które do Ciebie przychodzą” – brzmi motto niektórych (częstokroć „alterantywnych”) praktyk rozwojowych. Zgadzam się, że to, co nas spotyka, nie jest w zasadzie niczym innym, niż informacją na nasz temat. Na podstawie własnych doświadczeń, mogę również potwierdzić, że w szerszej perspektywie czasowej przychodzi faktyczne tego zrozumienie. Jednak CZAS jest tu niezbędny. Nie robi się wina z niedojrzałych winogron. Owoce w pierwszej kolejności muszą przejść proces dojrzewania. Jeśli jesteśmy na jego początku – próba patrzenia z powyższej, „wdzięcznościowej” perspektywy zupełnie mija się z celem, może wręcz zaszkodzić. Początkowo nasze zadanie polega bowiem na rozpoznaniu tego co na ten moment w nas jest, czego w sobie nie dostrzegaliśmy, skonfrontowanie się z tym, zaakceptowanie. Jeśli proces taki zostanie przeprowadzony skutecznie – perspektywa oglądu i rozumienia tego, co faktycznie się stało – zmieni się samoistnie – nie potrzeba więc tutaj żadnych zewnętrznych ponagleń w rodzaju różnych „powinności”. Pamiętaj więc proszę, że masz swoje tempo – jeśli już coś powinieneś, to wędrować przez swoje doświadczenia zgodnie z jego rytmem.

 

czy mamy wpływ na swoje życie

4. Weź za siebie odpowiedzialność w miejsce obwiniania się

Cokolwiek zrobiłeś/ nie zrobiłeś – w tym momencie nie ma już znaczenia – mleko się rozlało. Ciężkie wydarzenia uczą nas również tego, że nie mamy na wiele rzeczy w swoim życiu takiego wpływu, jak nam się wydaje. W znakomitej większości przypadków, bez uczciwej pracy nad sobą, nasze zachowanie praktycznie w 100% jest wynikiem jakichś uwikłań, których nie jesteśmy do końca świadomi. W praktyce wygląda to tak, że to nie my robimy lecz bardziej jest nami robione. Mam tu na myśli fakt, że jeśli nie wiemy o wielu rzeczach, które są umiejscowione w naszej psychice, one w pewnym sensie „same” robią co chcą – czyli działają zgodnie z pewną dynamiką, dążącą do ich rozpoznania przez światło naszej świadomości. Dlatego też broją – trochę jak dzieci, pragnące zwrócić na siebie za wszelką cenę uwagę. Paradoksalnie jednak – nie zwalnia nas to z odpowiedzialności. Naszym zadaniem jest odnalezienie wszystkich tych „dzieci” i tak jak bierzemy odpowiedzialność za wychowanie swoich pociech w realnym życiu – tutaj musimy postąpić analogicznie. Wpływ na swoje życie wyraża się więc w odpowiedzialności za samego siebie: za to, w jakim stanie jest nasza psychika oraz za jej stan „magnetyczny”, który weryfikujemy na podstawie tego, do jakich strumieni zdarzeń nas przyciąga.

 

Cały ten proces przypomina więc trochę usuwanie bolącego wrzodu lub ropniaka. Na początku cofamy rękę, gdyż najmniejsze dotknięcie rozrywa nas i pali. Potem bierzemy skalpel, szybkim i sprawnym ruchem wykonujemy cięcie – to moment najsilniejszego bólu. Potem przychodzi czas na to, by ropa wypłynęła – towarzyszy temu oczywiście niemiły zapach. W miarę wyciekania ropy, jej ilość się zmniejsza, a ból ustępuje. Po czasie przychodzi prawdziwa ulga. Ból mija, a łykanie tabletek przeciwbólowych przestaje być już potrzebne. Asymilacja swojego cienia jest więc jak chwycenie za kierownicę w pojeździe swojego życia – jeśli odważymy się na ten krok, mamy szansę zacząć nadawać mu świadomy kierunek.

 

 

print

Similar Posts

12 Comments

    1. Byłabym tu daleka od walki…. Chyba, że chcemy koniecznie walczyć samemu ze sobą…. 🙂 O wiele bardziej pomaga tu zrozumienie – jeśli faktycznie chcemy coś w swoim życiu zmienić oraz zrozumieć sens i znaczenie zdarzeń, z którymi przyszło nam się zmierzyć… 😉

  1. W pierwszej chwili pomyślałabym, że moim cieniem są złe wspomnienia i złe doświadczenia, kompleksy, zaniżone poczucie własnej wartości. To jest jednak coś nieco innego od tego, o czym piszesz…

    Najgorzej mam z punktem czwartym. Do dziś potrafię zadręczać się tym, że powiedziałam coś głupiego 20 lat temu, wciąż analizuję swoje błędy – dawne i niedawne. Ciężko się z tym żyje.

    1. Klaudyna, te rzeczy, które wymieniłaś i o których myślałaś, że jest to cień – w rzeczywistości są skutkiem jego działania. Skutki te wyglądają zazwyczaj jak gęstwina (pozornie) niezwiązanych ze sobą rzeczy… 🙂 Punkt czwarty związany jest z głęboką akceptacją siebie “w momencie”, w którym działy się te błędy… Przecież każdy z nas zachowuje się najlepiej jak na dany moment potrafi – błędy rzadko kiedy są wynikiem jakiejś bardzo przemyślanej premedytacji.Kiedy udaje nam się faktycznie je sobie wybaczyć, wówczas rodzi się większa względem siebie oraz (innych) łagodność, nieocenianie, nieoskarżanie. To pomaga płynąć spokojnie przez życie 🙂

    1. Cieszę się Olu, że Cię zaciekawił 🙂 W każdym razie – jeśli chodzi o czas, to faktycznie może to nastręczać nieco problemów. Zazwyczaj kiedy jesteśmy w środku swojego oka cyklonu, wydaje nam się, że nie ma niczego poza bieżącymi emocjami właśnie. Myślę też, że to kwestia wprawy, również doświadczeń różnego rodzaju napieć, z których udało się wyjść, by właśnie – umieć dać sobie czas 😉

  2. ANITA. OPIsujesz TU dokladnie KROK Po KROKu MOJ STAN W TEJ CHWILI !!! BARDZO MI POMOGLAs WIELE ZrozUMIec…fantastyczn, .madry i realistyczny artykul. dziekuje

    1. Dziękuję, Iza 🙂 Taka informacja zwrotna jest dla mnie bardzo istotna i motywuje do dalszego pisania 🙂

  3. Bardzo mądre przesłanie. Obecnie podnoszę się poraniony myślałem że znalazłem kobietę swojego życia lecz było to jedynie moje iluzoryczne wyobrażenie o niej. Wszystkie stany emocjonalne opisane doznaje i jednocześnie zbiegło się to z osadzaniem fantoma Ego w okolicy serca i walką z okiełznaniem konstruktów ego. Anita proszę podpowiedź czy taki stan można przejść bez chemii antydepresantów. Niektóre dni są jak wsysające czarne dziury. Dziękuję za wspaniałe przepojone wiedzą i mądrością artykuły. Powodzenia i dołączam stronę do ulubionych.

    1. Och… Rozumiem ten stan, kiedy upada własne wyobrażenie o świecie, a w kontekście relacji damsko-męskich jest to wybitnie dotkliwe, zwłaszcza na początku takiej życiowej katastrofy. Co do chemii – jeśli w swoim aktualnym stanie masz jeszcze siłę wstać z łóżka, zjeść coś, umyć się i ubrać – to osobiście nie radziłabym posiłkowania się lekarstwami. Takie momenty są bardzo trudne, jednak one wbrew pozorom (w dłuższej perspektywie czasowej) uczą rozróżnienia między tym, co fantomowe, a realne. Chemia zawsze otępia tego rodzaju odbiory (czasami jednak jest potrzebna, gdy otwiera się zbyt wiele “banków informacji” naraz). Dlatego też na ile to możliwe- bądź w kontakcie z tym, co się teraz w Tobe dzieje – pradakoslanie – mniej bolesne jest otworzenie się na ból i pozwolenie mu na “przepłynięcie”, niż jego wypieranie. Wiem to z własnego doświadczenia 🙂

      Wszystko można przeżyć, jednak potrzebny jest do tego czas. W takich trudnych momentach zawsze sobie mówiłam mniej więce w ten sposób: “Anita, przecież to cały czas w zasadzie tak było, jak teraz się pokazało, tylko tego nie wiedziałaś lub nie chciałaś zobaczyć. To nie rzeczywistość się zmieniła, tylko to, w jaki sposób ją widzisz. Pękła jakaś bańka, uderzyła cię odłamkami w twarz – jednak teraz przynajmniej widzisz jak to jest/było naprawdę”.

      Nasza wędrówka przez życie tak faktycznie toczy się wokół poszukiwania SENSU. Zazwyczaj nie zdajemy sobie z tego sprawy, gdyż w naszych oczach przybiera on różne postaci – najczęściej ukochanej osoby, z którą pragniemy przejść przez życie. Jednak tutaj jest istotna kolejność: gdy znajdujemy sens, pojawia się właściwa osoba, raczej nie odwrotnie. Dlatego też paradoksalnie – ta sytuacja przybliża Cię do odnalezienia Twojego sensu (a co za tym idzie – tej właciwej kobiety :), chociaż jeszcze najprawdpodobniej możesz tego nie dostrzegać. Informacje na Twój własny temat, zawarte w emocjach, które przeżywasz, pradoksalnie przybliżają Cie do tego celu.

      Wierz mi proszę, że Wszechświat wbrew pozorom jest bardzo uporządkowany, sensowny i dba o swoje dzieci – zawsze z poszanowaniem ich woli. Jednak zazwyczaj jest to dostrzegalne w szerszym horyzoncie czasowym. Jeśli taka sytuacja pojawiła się w Twoim życiu, to znaczy, że masz wszelkie dane ku temu, by sobie z nią poradzić i ją ogranąć. Być może nawet wypłynąć na jeszcze szersze wody, istnienia których nawet nie podejrzewałeś – czego Ci z całego serca życzę. Trzymam za Ciebie kciuki, Pozdróżniku!

      I dziękuję za pozytywną recenzję treści bloga, to bardzo dla mnie istotne 🙂

  4. wiele czasu zajęło mi zrozumienie,, że to co mi się przydarza, co najbardziej mnie boli,, rozczarowuje, dotyka do żywego, jest lekcją dedykowaną mnie samej. w indywidualnym toku nauczania. Akceptacja tych lekcji oraz uporanie się z ich konsekwencjami,, przejście przez ból jest dla mnie procesem zawartym w czasie,. Kiedy następuje apogeum,, bo wciąż lekcje zbieram na tej niełatwej ścieżce ludzkiego stawania się, mówię sobie a czasem powtarzam jak m antrę, : to wszystko przeminie. Przeczuwam a czasem wiem, że mój odbiór wypełniony osadami bólu, trudnymi do uniesienia, ma charakter przejściowy,. Wiem że jestem zatopiona w emocjach które uniemożliwiają mi dotarcie do sedna i znaczenia kolejnej lekcji..
    Tak więc świadomość że wszystko ma naturę cykliczną, której właśnie doświadczam w cyklu “w dół”,, daje mi możliwość, najpierw przeczekania aż uzyskam jako taką równowagę by w asyście już bezchmurnego nieba dostrzec sens tej bolesnej lekcji, by wyciągnąć z niej wnioski oraz skorygować to co nie pracuje.. Nie znaczy to że zawsze się to udaje, że nie ma powtórek. Wyznacznikiem “sukcesu” jest dla mnie odzyskany spokój i równowaga mimo, że okoliczności zewnętrzne czasem pozostają bez zmian.. Oto jak próbuję sobie radzić.
    Pozdrawiam i dziękuję za tak piękny blog.
    .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.